Jeśli chcesz wyjechać na Wyspy Bergamuta.. i wrócić… to miejsce dla Ciebie…

Najnowsze

Grüner See – nurkowanie na alpejskiej łące

Przemysław W. – znany już z mojego bloga leczący podróżnik prezentuje dziś zdjęcia z kolejnego ciekawego miejsca. Nie są to tym razem rajskie plaże z dalekich zakątków naszego globu. W tej relacji Przemek przedstawia miejsce doskonałe na weekendowy wyjazd. Pod warunkiem, że oprócz spacerowania po górskich łąkach lubi się także po nich popływać.

Grüner See jest jeziorem w Austrii. Ściślej mówiąc, tak naprawdę jest to łąka, która od maja do początku lipca znajduje się pod wodą. Późną wiosną w wyniku topnienia się śniegu i lodu z gór poziom wody znacznie się podnosi zalewając przy tym wszystkie okoliczne ścieżki, mosty i ławki. Dzięki krystalicznie czystej wodzie widoczność w jeziorze przekracza nawet 30 metrów. To naprawdę rzadko spotykana przejrzystość jak na zimne akweny. W każdym razie Przemek wrócił zachwycony: „Zdjęcia w Internecie nie kłamały, widoczność była wspaniała, jeszcze nie nurkowałem nigdy w zimnym akwenie z taką widocznością. Widok ścieżek, łąk, ławek i mostków zalanych wodą jest niesamowity. To był wspaniały weekend”.

I oto kolejny raz okazuje się, że są na tym świecie rzeczy, które się nawet uczonym nie śniły. W każdym razie mi się nie śniły, jakiś uczony może o tym śnił – o nurkowaniu górskim i podwodnym spacerowaniu szlakami turystycznymi. Miłośnikom nurkowania polecamy.

O OMO we Wschowie będzie wiadomo

Naczelnik “Twórczych Horyzontów” Tomasz S. przerwał milczenie i odkrył  o czym usłyszymy na najbliższym spotkaniu z podróżnikiem we Wschowie. Dorota Łajło opowie nam o plemionach zamieszkujących dolinę rzeki Omo, choć oczywiście nie tylko o nich. Dorota Łajło – nasz gość to: podróżnik, fotograf, pedagog. Od kilku lat pasjonuje się fotografią reportażową i portretem reporterskim. Interesuje się kulturą plemion Afryki. Pisze artykuły o Czarnym Lądzie. Do Afryki wyjeżdżała wielokrotnie na przestrzeni kilku lat. Podróżowała min. po Namibii, Zimbabwe, Kenii i Etiopii. Przez rok mieszkała w Luandzie, stolicy Angoli, w kraju zniszczonym długoletnią wojną domową. Już 1 czerwca o godzinie 18.30 w Sali Widowiskowej CKiR przed nami - 25 “jubileuszowe” spotkanie z odległymi zakątkami naszego globu.

W czasie spotkania Dorota Łajło zaprosi nas na fotograficzna relację z poszukiwań i spotkań z ludźmi z Angoli, opowie o osobistych przeżyciach, doświadczeniach i refleksjach zawiązanych z życiem na granicy dwóch światów, bogactwa i biedy. Zaprosi też na wielobarwną relację z wyprawy na południe Etiopii. Opowie o grupach etnicznych zamieszkujących dolinę rzeki Omo. Plemiona Hamer, Mursi, Karo, Dassanech, Erbore, Bana i wiele innych, żyjąc w niewielkich odległościach od siebie, nadal zachowują wyraźną odrębność kulturową i językową.  Autorka opowie o ich obecnej sytuacji i o tym jak funkcjonują w zetknięciu z przenikającą do nich cywilizacją. Opowie też o życiu zwyczajnej Afryki, o klimacie i zapachu tego niezwykłego kontynentu.

Afryka, jest jak wielki dom z licznymi pokojami. Każdy pokój to inne, odmienne wnętrze, a każde wnętrze to niepowtarzalny zapach Ziemi, siła i duch Człowieka. Afryka otwiera swoje drzwi i nigdy ich nie zamyka. Afryka nigdy się nie kończy… (Dorota Łajło)

Koloseum na pustyni – El Jem

Tunezja najczęściej kojarzy się z najtańszym i najbardziej przystępnym dla większości Polaków Afrykańskim kierunkiem. Gdy nie dysponujemy zbyt dużym budżetem a chcemy polecieć poza Europę, wtedy bez wahania wybieramy Egipt lub Tunezję. O zabytkach Egiptu nie trzeba jakoś szczególnie nikogo informować, są one powszechnie znane. Nie wszyscy jednak wiedzą, ze oprócz pustyni, wspaniałych plaż, niedrogich hoteli, ciepłego morza posiada Tunezja wiele turystycznych perełek. Jedną z nich jest bez wątpienia El Jem.

Budowla ta uznawana jest za najbardziej spektakularną rzymską budowlę w całej Afryce Północnej. Amfiteatr ten zachował się w lepszym stanie niż rzymskie Koloseum, jest trzecim co do wielkości starożytnym amfiteatrem na świecie. Co najważniejsze, w odróżnieniu od Koloseum, w El Jem możemy zaglądnąć w każdy zakamarek, spacerować galeriami, zasiąść na trybunach czy zejść na arenę i spojrzeć na trybuny, tak jak kiedyś spoglądali gladiatorzy, wszystko jest dostępne, wszędzie możemy się wcisnąć z aparatem. Ja El Jem zwiedzałem kilka lat temu, krótko po oglądnięciu filmu „Gladiator” i nie powiem klimat był. Niestety karierę gladiatora przerwała mi żona, która przegoniła mnie z areny stwierdzając, że już za długo na słońcu stoję…

Indie dzień XII (Abhaneri-Fatehpur Sikri) Antylopa otoczona przez lwy

Dziś pobudka jest dość wczesna. Musimy dojechać do Agry a po drodze dwa ciekawe miejsca do zobaczenia. Nie ma więc co grymasić. Po wczorajszym niezwykłym dniu wszyscy w doskonałych nastrojach. No może poza trójką, którą z powodu problemów żołądkowych ominęły wczorajsze niewątpliwe atrakcje. Z ich zdrowiem chyba nie najlepiej, okazuje się bowiem, że nie obyło się bez przyjazdu lekarza do hotelu. Zresztą dzisiaj też nie wyglądają najlepiej. Co gorsza muszą wsiadać do autobusu, dziś nie ma już możliwości zostania w hotelu. Ktoś nawet mówi, że chce już do Polski. No cóż, to najlepszy dowód na to, że fast-foody są niezdrowe.

Na drodze znów ciekawie. Zresztą jak zawsze. Przebojem dzisiejszego dnia są spotykane co kawałek jeżdżące „gruszki”. Jeżdżące gruszki to wymyślona naprędce przeze mnie nazwa, ale w sumie chyba wiernie oddaje istotę swoistej indyjskiej techniki przewożenia ziarna zbóż. Jest to z reguły ciągnik lub samochód ciężarowy na przyczepie którego zamontowano metalową lub drewnianą ramę – największą jaką się tylko dało założyć. Na ramie tej układa się ogromny wór, do którego pozostaje już tylko wsypać kilka ton zboża i można ruszać w drogę. Tak więc sypią. I to bardzo hojnie. Czasami wygląda to komicznie. Wór napełniony ziarnem staje się bardzo wypukły i oblewa cały pojazd – widać tylko kierowcę a za nim już tylko wielka nieforemna paka. Nawet koła są zasłonięte a ładunek sięga praktycznie podłoża, zostaje tylko kilka centymetrów luzu. Po minięciu kilkunastu takich pojazdów zmieniłem swoje zdanie odnośnie Inspekcji Transportu Drogowego, która bezczelnie przekonuje, że po naszych drogach jeżdżą przeładowane pojazdy. W Indiach uznali by to za puste przebiegi; aż grzech tak marnować czas i paliwo. Choć z drugiej strony mijaliśmy także efekty zbytniego naładowania „gruszki”. W sumie ciężko później posprzątać z drogi lub pobocza hałdy zboża z przewróconego na bok pojazdu. Nikogo to na szczęście nie zraża i dzięki temu te efektowne pojazdy nie znikną tak szybko z indyjskich dróg.

Moje rozmyślania zostają przerwane kiedy mijamy tabliczkę z napisem „Abhaneri”. Trzeba szykować aparat. Na ten dzień i na to co teraz zobaczymy czekałem od samego początku podróży, a nawet dużo wcześniej, od dnia gdy w Internecie przeglądałem zdjęcia z atrakcjami Indii. Owszem, podobały mi się wszystkie forty, pałace, miasta jednak pewne niezwykłe zdjęcia szczególnie wzbudziły moje zainteresowanie. Cóż takiego jest więc w tej małej wiosce? Otóż jest to studnia na wodę. Wydawać by się mogło, że nie ma w tym nic ciekawego. Cóż bowiem ciekawego w studni? Niejeden z nas pamięta czasy, gdy studnie były bardzo liczne w naszych rodzinnych stronach. Nie raz moja babcia przeganiała mnie lub moich kuzynów z okolic studni, która prowokowała różne dziwne pomysły. Inwencja w wymyślaniu zabaw była wielka i pewnie tylko dzięki czujności babci mogę dziś pisać tę relację. Jednak Chand Baori – studnia do której przyjechaliśmy – trochę różni się od tych, które przychodzą nam na myśl w pierwszej chwili. Jest „nieznacznie” większa – składa się z 3500 stopni i liczy sobie 13 pięter, co daje około 30 metrów głębokości. Prawdziwa architektoniczna perełka. Do tego zadziwia fakt, iż powstała już w IX wieku. Studnie takie były popularne w Indiach, zapobiegały bowiem wyparowywaniu wody w upalne dni. Chand Baori zachowana jest w doskonałym stanie i nie zawodzi moich oczekiwań. Gorączkowo biegam wzdłuż barierki, która niestety ogranicza widoczność i zza której zdjęcia nie wychodzą szczególnie ciekawie i pstrykam. Wpadam na kolejny „genialny” pomysł. Wszak zdjęcia z pewnej wysokości lepiej oddadzą głębię i mimo oporów mojej małżonki wręczam jej aparat i biorę ją na „barana”. Żona pstryka a miejscowy przewodnik patrzy tak jakoś dziwnie. No cóż, czego się nie zrobi dla dobrego zdjęcia. Po kilku minutach wiem już skąd to dziwne spojrzenie oprowadzającego nas po studni pana. Otóż z drugiej strony studni w ogrodzeniu znajduje się furtka i można spokojnie podejść nie tylko do samej krawędzi studni, ale i też zejść na same jej dno, jeżeli tylko ktoś ma takie życzenie. Tak więc schodzimy, robimy zdjęcia dziesięć razy ładniejsze niż zza barierki, a ja unikam już wzroku pana przewodnika. Mam tylko nadzieję, że nie jestem pierwszym baranem, który przyszedł do studni niekoniecznie po wodę.

Z Abhaneri jedziemy do Fatehpur Sikri – ciekawego i zagadkowego miejsca. W międzyczasie opuszczamy Radżastan, dwa następne dni spędzimy w stanie Uttar Pradesh. Za czasów cesarza Akbara miasto to pełniło rolę stolicy imperium mogolskiego. Nie wiadomo do końca z jakiego powodu, osada ta została opuszczona przez mieszkańców w 1586 roku. Zachowała się w stanie doskonałym i zachwyca ciekawą architekturą. Budynki wzniesiono z czerwonego piaskowca w stylu charakterystycznym dla budowli drewnianych. Miejsce to, nad którym opiekę sprawuje UNESCO, jest strefą ekologiczną. Nie można tu wjechać autobusem, ani żadnym innym samochodem, poza pojazdami z silnikami elektrycznymi. Przesiadamy się więc do trzech elektrycznych busów i podjeżdżamy pod bramy miasta.

Scena, którą dane jest mi tutaj zobaczyć, wprowadza mnie w stan rozmarzenia. Oto prowadzony jest remont drogi, powstaje nowy parking i chodniki, a kilku robotników ładuje tłuczeń do sporych rozmiarów betoniarki. Niby nic dziwnego, ale gdy przyjrzeć się tej scenie bliżej to okazuje się, iż pracują same kobiety. Owszem w pobliżu widać sporo mężczyzn, ale okupują oni pobliskie restauracje i sącząc herbatę ze spokojem komplementują, tak jak ja, scenę przy betoniarce. Jaki wspaniały przykład równouprawnienia, kobiety mogą wykonywać każdą pracę, nawet najcięższą. Są do tego wręcz zachęcane i mogą ją wykonywać na wyłączność. Z pewnością żaden mężczyzna nie będzie protestował. Wychodzi na to, że te indyjskie zwyczaje nie są takie głupie, nieźle tu sobie mężczyźni to wszystko urządzili. My, przekonani o swojej wyższości Europejczycy, możemy tylko pomarzyć o obserwowaniu w południe z restauracji kobiet pracujących przy betoniarkach. A coś mi przez całe życie mówiło, że nie jestem stworzony do pracy. Szczególnie głośno mówi mi to, gdy wstaję zimą o 5.30 a za oknem ciemno. Coś mi to zawsze mówiło, a ja nie słuchałem, może jednak czas wystąpić o indyjskie obywatelstwo?

Spokojnie podziwiamy Fatehpur Sikri do momentu, gdy dostrzegam ogrodniczkę z efektownym dzbanem na głowie. Nie podchodzę za blisko, tylko zza krzaków z bezpiecznej odległości pstrykam kilka zdjęć. To nie pomaga. Czujne oko pani ogrodniczki dostrzega moje zainteresowanie natychmiast. Postanawia ulżyć mojemu portfelowi i zaprasza na sesję zdjęciową. Po krótkiej prezentacji noszenia sporych ciężarów na głowie, najpierw żona, później ja, a po nas nasi znajomi z Poznania, paradujemy z dzbanem na głowie. Na wszelki wypadek lepiej delikatnie podtrzymywać ręką, nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego by mieć aż tyle na głowie. Aparaty pracują pełną mocą, nie tylko zresztą nasze. Kilku hindusów robi mi zdjęcie z dzbanem na głowie. Gdy wołam o rupie, cieszą się jakbym dobry dowcip opowiedział. Coś widocznie robię nie tak, bo gdy miejscowi wołają o napiwek, to ja jakoś nic śmiesznego w tym nie widzę.

Po południu wybieramy się zobaczyć ciekawy meczet powstały w miejscu, w którym Akbar miał spotkać sufickiego pustelnika Selima Ćisti, który przepowiedział cesarzowi urodzenie oczekiwanego od wielu lat syna. W tym celu Ćisti miał zabić własnego 6-miesięcznego syna, aby dusza zabitego dziecka inkarnowała się w syna cesarza. Akbar wierzył, że dzięki Ćistiemu urodził się mu pierworodny syn – przyszły cesarz Dżahangir. Aby uhonorować pustelnika, zbudował w tym miejscu meczet z białego marmuru i umieścił w nim grobowiec Ćistiego. Powstał dzięki temu jeden z najładniejszych zabytków architektury mogolskiej w Indiach.

Zwiedzanie kończymy późnym popołudniem, pora ruszać do elektrycznych busów. W tym momencie przypominają mi się słowa naszej pani pilot, które wypowiedziała rano w autobusie: „uważajcie państwo bo w Fatehpur Sikri natraficie na najbardziej nieznośnych sprzedawców w całych Indiach”. Oczywiście ktoś tak pewny siebie jak ja, człowiek który już niejednego nachalnego sprzedawcę w Tunezji, Egipcie, Maroku czy Syrii przepędził, uznaje te słowa za przesadę. Nachalni sprzedawcy w Indiach? Pilotka chyba nachalnych sprzedawców nie widziała. Tak sobie pomyślałem rano a po południu okazało się jak bardzo byłem w błędzie. Na obronę mam jednak to, że błądzić jest rzeczą ludzką. W momencie gdy my kierujemy się w stronę pojazdów, spokojnych dotąd sprzedawców, kręcących się cały czas niespiesznie gdzieś z boku ogarnia prawdziwe szaleństwo. Otaczają naszą grupę, oferują wszystko co tylko można sobie wyobrazić, szarpią za rękawy, niby podają rękę a chodzi im tylko o to, aby naiwnego człowieka wyciągnąć z grupy gdzieś na bok. Im bliżej busów, tym gorzej. Zbici w ciasną gromadkę, niczym antylopy otoczone przez lwy przyśpieszamy kroku. Nie reaguję już nawet na szarpanie, na inne zaczepki. Niestety, idę na końcu i jestem zaciekle atakowany. Słyszę, że jak nie chcę nic kupić to chociaż może coś im podaruję, np. czapkę, która – jak twierdzą – bardzo im się podoba. Problem w tym, że mi się również podoba i towarzyszy mi na wszystkich wyjazdach. Ktoś nie czekał jednak na moją zgodę ściągając mi czapkę z głowy, ktoś inny ciągnie mnie za rękaw do boku, a do busa było już tylko zaledwie kilka kroków. Paść tak blisko celu, to najgorsze co może być. Na szczęście na odsiecz rusza mi Bogdan z Poznania. Jego 1.90 wzrostu budzi wśród hindusów szacunek, odzyskuje moją czapkę i pomaga przebić się do wnętrza pojazdu. Oddycham z ulgą, jednak to nie koniec walki. Tubylcy wkładają ręce przez otwarte okna starając się dosięgnąć kogokolwiek lub czegokolwiek. Natychmiast próbujemy zasunąć wszystkie okna, a oni by nam to uniemożliwić wkładają w szczeliny znalezione patyki i kije, aby tylko nie dało się zamknąć okien. Na szczęście kierowca rusza po chwili i możemy wszyscy odetchnąć z ulgą. Czegoś takiego naprawdę nigdzie nie widziałem. I raczej zobaczyć nie chcę.

Niepokoi mnie także jeszcze jedna myśl. Niedawno oglądałem program w National Geographic o strategii polowania drapieżników. Gdy analizuję czemu stałem się celem największego ataku, wnioski nie są dla mnie najciekawsze. Na myśl przychodzi mi oportunizm drapieżników, tj. polowanie na ten gatunek potencjalnych ofiar, który jest w danym momencie najłatwiejszy do zdobycia. Ofiarami najczęściej padają osobniki młode, młode niedoświadczonych matek, osobniki stare, chore. Młody już nie jestem, więc może chory? Czyżbym na coś chorował nie wiedząc o tym, a drapieżni sprzedawcy instynktownie to wyczuli? Postanawiam kompleksowo się zbadać po powrocie. Moje czarne myśli rozprasza jednak żona. Jej wyjaśnienia brzmią dla mnie logicznie. Otóż według niej najłatwiejszym celem byłem nie z powodu ukrytej choroby, ale z powodu mojej rozrzutności, skłonności do dawania napiwków, wręczania jałmużny itp. Drapieżnikom z Fatehpur Sikri nie chodziło wszak o moje mięso, ale o mój portfel. Zgadzam się z tą teorią. Co za ulga. Jednak po chwili postanawiam, że dla spokoju po powrocie i tak się przebadam – nie to żebym słowom żony nie wierzył, ale zawsze lepiej warto wszystko sprawdzić.

Kiedy odpoczywamy w klimatyzowanym autobusie, jadąc już w kierunku Agry, za oknem rozgrywa się kolejna niezwykła scena. Zdawałem sobie sprawę, że krykiet w Indiach to sport narodowy, a ludzie tutaj są bardziej zwariowani na jego punkcie niż my w stosunku do piłki nożnej, ale takiego widoku się nie spodziewałem. Otóż mijamy wielki plac budowy. Obok nowo powstającej drogi szybkiego ruchu wznoszony jest jakiś sporych rozmiarów budynek. Jednak w chwili gdy go mijamy wznoszony nie jest, a mijamy go dość długo, bo w miejscu tym zrobił się mały korek. Robotnicy znaleźli sobie doskonały sposób na spędzanie czasu w pracy. Na placu przed budową rozrysowali linie i w pełnym budowlanym ekwipunku wraz z kaskami rozgrywali mecz w krykieta. Dookoła placu zgromadziło się wielu widzów, a to podjechali jakimiś maszynami budowlanymi, a to obserwują mecz z powstającego budynku lub obsiadają pobliskie sterty piachu. Ciekawi mnie tylko czy sędzią był kierownik budowy. Genialny widok. Takie tylko w Indiach.

W pewnym momencie zupełnie niespodziewanie zatrzymujemy się koło sklepu monopolowego. Niespodziewanie, bo nikt o to nie prosił. Nikt także, poza panią pilot na zakupy nie idzie. Gdy widzę z jakimi wypełnionymi rumem i coca-colą torbami wraca przewodniczka rodzi mi się myśl, że jednak pani nie doceniałem. Taka ilość alkoholu to nie przelewki. Jednak jak się okazuje, pilotka nie wypija tego alkoholu sama, ogłasza tylko, że ma dzisiaj urodziny i w związku z tym, pomocnik kierowcy serwuje drinki z rumu, z nieograniczonymi dolewkami wszystkim chętnym. Wzruszeni tym gestem rodacy natychmiast przystępują do odśpiewania „stu lat”. Gdy kończymy każdy ma już plastikowy kubek z drinkiem w ręku. Dalsza droga mija nam niezwykle radośnie. Rum znika szybciej niż paliwo w zbiorniku autokaru, jednak nikomu go nie brakuje. Gdy dojeżdżamy na przedmieścia Agry sam jestem już po kilku dolewkach. Z niedowierzaniem obserwuję małe tuk-tuki nieprawdopodobnie wręcz obładowane towarem. Mijamy jeden wiozący ośmioosobową orkiestrę dętą wraz z instrumentami, a za chwilę inny wiozący chyba całe zaopatrzenie dla jakiegoś sklepu z butami. Sposób upakowania przeczy wszelkim prawom fizyki, widać ludzie którzy to robią nie mieli fizyki w szkole i nie wiedzą, że to niemożliwe. Sam bym w to nie uwierzył gdyby nie fakt, iż z fizyki najlepszy nie byłem (mój nauczyciel, pan Sanocki ma na to pewnie inne określenie) i odczuwałem już sporą dawkę rumu. A jak wiadomo po rumie wiele rzeczy pozornie niemożliwych staje się realnymi.

Po kolacji w piżamce leżę na łóżku i obserwuję kolejny mecz w krykieta, żałując że tego na placu budowy nie dane mi było dokładniej widzieć. Drink w ręku zapobiega pojawieniu się delikatnego kaca, a ja wpatruję się co jakiś czas w sfatygowany kapelusz, który niejedno już ze mną widział, a którego o mało dziś nie straciłem. W każdym razie dziękuję Ci Bogdan, że nie zostawiłeś mnie na żer drapieżnikom. Stado powinno się trzymać razem!

Laganas, czyli myszkowanie po Zakynthos

Z racji tego, że Zakynthos to niewielka wyspa i wszędzie jest blisko postanowiliśmy jednego dnia wynająć skuter i pomyszkować trochę po ciekawych miejscach wyspy. Już pierwszego dnia pobytu na Zakynthos, kupując widokówki, które chcieliśmy wysłać do znajomych moją uwagę zwróciła jedna. Oprócz napisu Laganas znajdowała się na niej maleńka wysepka, na którą ze stałego lądu (stały ląd to co prawda też wyspa) dostać się można drewnianym pomostem. Po powrocie do hotelu w ruch poszła mapa. Okazało się, że nasz kurort dzieli od Laganas tylko 10 kilometrów i dzięki temu miejsce to trafiło na listę miejsc, które zamierzamy odwiedzić podczas dnia skuterowego. Planujemy wyruszyć do miejsc, których nie zobaczymy podczas wycieczek fakultatywnych.

Miejscowość Laganas to największy kurort wyspy, zatoka o tej samej nazwie posiada najdłuższą piaszczystą plażę Morza Śródziemnego. Nas interesuje jednak coś innego – mała rajska wysepka z widokówki. Po drodze zatrzymujemy się co prawda na chwilę na plaży (nie tej najbardziej znanej), ale tylko po to aby delektować się dość nietypowym widokiem. Otóż nad jedną z plaż góruje bunkier, na oko wyglądający na taki pamiętający czasy drugiej wojny światowej, żadnej wzmianki o nim jednak nigdzie nie znalazłem, więc są to tylko moje przypuszczenia – w każdym razie bunkier jest, plaża jest i jest fajnie.

My wędrujemy na swoją widokówkową wysepkę. W centrum mini wysepki znajduje się restauracja, wstęp do niej jest zresztą płatny. Nie protestujemy, tym bardziej, że w cenie jest zimny napój z którego skwapliwie korzystamy. Ochłoda po jeździe skuterem w takim upale jest jak najbardziej wskazana. Poza tym zwykły sok owocowy pity w takim miejscu smakuje doskonale. Na wysepce znajduje sie także maleńka plaża. Czyli mamy komplet. Taka swoista Grecja w miniaturze. Choć nie – zabrakło przeciez mini klasztoru, czy chociażby maleńkiego kosciółka, ale naprawdę nie było już na to miejsca. W każdym razie wszystko to zobaczyliśmy dzięki zwykłej widokówce z niezwykłym widokiem.

Kulinarne zauroczenie – zupa Pho

Podróż po Wietnamie odcisnęła na mnie silne kulinarne piętno. Wielu fachowców twierdzi, że kuchnia wietnamska jest najlepszą kuchnią świata, łączy bowiem wpływy kuchni francuskiej, indyjskiej i chińskiej dorzucając coś także od siebie. Bogactwo smaków jest w Wietnamie niesamowite, jadłem tam dania, których nie jadłem dotąd nigdzie. Na dodatek, co najważniejsze, Wietnamczycy nie znają pojęcia przyprawy w proszku. Tutaj wszystko musi być świeże, jak nie jest świeże to nie może być przyprawą, bo co to za smak z proszku. Pewnie dlatego, że wszystko jest świeże i przygotowywane na poczekaniu, jeść w Wietnamie można wszystko i wszędzie bez obaw o problemy żołądkowe, bynajmniej w innych krajach takie miejsca w jakich jadłem w Wietnamie omijałbym szerokim łukiem.
Z zupą Pho zetknąłem się drugiego dnia pobytu. To było prawdziwe zauroczenie. Jej bogate wnętrze mnie poruszyło, znaczy się poruszyło moje wnętrze, rozkosznie lądując w moim żołądku. Byłem bardzo zadowolony z tego spotkania i odtąd starałem się widywać z tą zupą codziennie. Lunch lub kolacja musiały codziennie zacząć się zupą.

Zupa Pho ma kilka odmian, zależy to od tego jakiego użyjemy mięsa, można ją ugotować np. na owocach morza – myślę jednak, że najlepiej sprawdzi się u nas w takiej postaci jak podaję. Na pewno może być fajnym urozmaiceniem i zastąpić czasami niedzielny rosół. Z pewnością nie smakuje tak jak w Wietnamie, ale gdy się nie ma co się lubi to się je to co się ma. Zapraszam do garów!
Składniki:
-         pół kurczaka
-         kości wołowe
-         kostka rosołowa
-         2 cebule
-         marchew, pietruszka, seler, por, szczypiorek
-         pęczek świeżej kolendry
-         korzeń imbiru
-         cytryna
-         ugotowane mięso – wołowe i z kurczaka
-         makaron ryżowy
-         sól, pieprz, papryka ostra
Sposób przygotowania:
Kości i kurczaka należy dokładnie obmyć, zalać zimną wodą i zagotować. Następnie usuwamy powstałą na powierzchni pianę. Do garnka z kośćmi i kurczakiem dodajemy podsmażoną delikatnie cebulę, dodajemy cieniutko pokrojony imbir i kostkę rosołową. Gotujemy dodając w trakcie gotowania marchew, pietruszkę, seler, por, szczypiorek. Doprawiamy solą, pieprzem i papryką ostrą. Do zupy wciskamy także trochę cytryny, dodajemy kolendrę. Gotować należy na wolnym ogniu – najlepiej długo, nawet do pięciu godzin. Jako, że zupa ma być bogata w składniki i gęsta należy dodać także ugotowane i pokrojone na kawałki mięso kurczaka i wołowe. Oczywiście odcedzamy kości i pół kurczaka na których powstawał wywar.
Oddzielnie gotujemy makaron ryżowy. Przed gotowaniem dobrze jest zamoczyć go w gorącej wodzie, później ugotować i polać zimną wodą a na koniec dokładnie odcedzić – ma to zapobiec jego sklejaniu się.
Powodzenia na kulinarnym szlaku. Na razie w dziale z przepisami same zupy – po meksykańskiej zupa Pho, obiecuję jednak, że przejdziemy także do kulinarnych konkretów.

Samaria – sprowadza na ziemię

Kreta słynie ze wspaniałych plaż, jak dla mnie na szczęście nie tylko. Na plaży dobrze czuję się maksymalnie jeden dzień. Dlatego będąc na Krecie nie mogłem odpuścić jednej z największych atrakcji wsypy – Wąwozu Samaria. Wąwóz ten położony jest w paśmie Gór Białych i uchodzi za najdłuższy suchy (nie będący rzecznym) wąwóz Europy.

Do wąwozu wyruszamy wcześnie rano tak aby zdążyć przejść cały wąwóz i nie spóźnić się na prom, który zabierze nas do Chora Sfakion gdzie będzie czekał autokar. Czeka nas przejście całej trasy – wyruszymy z Ksiloskalo położonego na wysokości 1227 m.n.p.m. i drogą zwaną „drewnianymi schodami” zejdziemy do wioski Samaria, następnie pomaszerujemy do Ajia Rumeli skąd zabierze nas prom.

Według pani przewodnik zejście zaczniemy o godzinie 8.00, trasa liczy 16 kilometrów. Ostatni prom odpływa o 16.00, dobrze więc byłoby gdybyśmy dotarli do celu do godziny 15.00. Wydaje mi się to dziwne – tyle godzin na przejście zaledwie 16 kilometrów? Przesada. Buńczucznie przekonuję żonę, że nam zajmie to maksymalnie trzy godziny, tym bardziej, że pierwsza część trasy to zejście w dół. Przed wyruszeniem w trasę jemy śniadanie w schronisku gdzie pani przewodnik informuje nas, iż wyruszy w 30 minut za ostatnim członkiem naszej grupy, tak aby mieć pewność, że wszyscy idziemy i nikt nie został po drodze. Nie spieszę się ze śniadaniem pewny, że spokojnie i szybciutko zajdziemy a przecież nie ma sensu nudzić się na końcu trasy. O godzinie 9.00 gdy wszyscy są już dawno na szlaku podenerwowana pani przewodnik prosi żebyśmy już wyszli bo inaczej nie zdążymy. No cóż mus to mus, choć czuję się wtedy niedoceniany – zejdziemy błyskawicznie przecież.

Pierwsza część do opuszczonej wioski Samaria rzeczywiście schodzi nam błyskawicznie, ścieżka jest kręta ale prowadzi w dół, upał nie daje się jeszcze we znaki bo idzie się wśród drzew, co jakiś czas mijamy miejsca gdzie można zaczerpnąć zimnej, orzeźwiającej wody. Po drodze spotykamy człowieka, który podczas schodzenia złamał nogę. Nie potrzebuje jednak żadnej pomocy twierdząc, że idą mu już na pomoc z Wioski Samaria. I to się zgadza, ekipa ratownicza z osiołkiem spieszy już po nieszczęśnika – mijamy ich po drodze – muszą dotransportować go do wioski, bowiem to jedyne miejsce skąd zabrać go może śmigłowiec. Nigdzie indziej po drodze nie ma szans wylądować.

W wiosce leżącej w połowie drogi robimy sobie przerwę na drugie śniadanie, jesteśmy bardzo zadowoleni bo dogoniliśmy lub prześcignęliśmy sporą część naszej grupy a przecież specjalnie się nie śpieszyliśmy na dodatek robiłem mnóstwo zdjęć po drodze.

Na drugą cześć trasy wyruszamy przeświadczeni o uzyskaniu rekordowego czasu przejścia. Jednak tutaj okazuje się, że nie uwzględniliśmy jednego czynnika – coraz bliżej południe, słonce coraz bliżej zenitu, jest środek lata a my jesteśmy w Grecji. Idziemy teraz dnem wąwozu gdzie nie ma już wygodnej ścieżki, temperatura przekracza 40 stopni a i punktów z wodą tutaj jakby mniej, za to więcej kurzu. Po dwóch godzinach bardziej snujemy się już niż wędrujemy. Przechodzimy przez „Stalowe Wrota” miejsce gdzie wysokie na kilkaset metrów ściany zbliżają się do siebie coraz bardziej, aż do szerokości 3,5 m. Z coraz większym utęsknieniem wypatrujemy czy ściany wąwozu się nie obniżają, świadczyłoby to bowiem o zbliżaniu się do końca trasy. Gdy jesteśmy już bardzo zmęczeni, zakurzeni i spoceni przed naszymi oczyma pojawia się wspaniały widok – koniec wąwozu i Morze Libijskie – cudowna odmiana od gorących ścian wąwozu. Koniec końców okazało się, że doszliśmy i tak pierwsi, ale na pewno nie w czasie i nie w stanie jaki zakładaliśmy. Dzięki temu mamy sporo czasu na kąpiel. Najpierw jednak w tawernie jemy obiad – koniecznie sałata grecka, a później mój ulubiony gulasz wołowy z ziemniakami i wspaniałymi marynowanymi cebulkami – w Polsce niestety gulasz nie składa się z tak dużych kawałków mięsa jak w Grecji – czego jak czego ale jedzenia nie żałują tutaj człowiekowi – porcje są naprawdę spore.

Sama plaża w Aija Rumeli to lekki koszmar. Ani grama piasku tylko same kamienie. W leżeniu na leżakach to nie przeszkadza – zejście do wody to jednak sport lekko ekstremalny jak się nie ma odpowiedniego obuwia, a ja bynajmniej nie miałem. Na dodatek fale były duże co dodatkowo uprzyjemniało mi wędrówkę po ostrych kamieniach. Sama kąpiel po takiej wędrówce jednak przecudna.

Na koniec mała uwaga. Przy wyjściu z wąwozu, gdy ludzie najczęściej nie mają już nic do picia (my w każdym razie już nie mieliśmy) stoją budki z napojami. 90% osób rzuca się do pierwszej nie zwracając uwagi na ceny. To lekki błąd bo w następnych jest tak z 50% taniej. Ja bynajmniej odkryłem to zbyt późno dla mojego portfela. W każdym razie Samarię polecam.

PALMYRA – syryjska buntowniczka

Dziś kraj ten ogarnięty jest wojną domową. Codziennie słyszymy w radiu i telewizji o kolejnych zabitych. Niestety końca konfliktu nie widać. A kraj ten zasługuje na uwagę także z innych powodów, jest to bowiem niezwykle turystycznie ciekawe miejsce. Tutaj znajduje się Damaszek, zamek krzyżowców Krak des Chevlier, cytadela Aleppo, drewniane koła rzeczne w Hamie czy ruiny Palmyry, które teraz przedstawię. Do Palmyry wybraliśmy się na cały dzień autokarem z Damaszku, dobrze nastroił nas już przystanek w oryginalnym Bagdad Cafe – wszak droga ta prowadzi prosto do Iraku i Bagdadu. 215 kilometrów jakie dzielą Damaszek od Palmyry pokonaliśmy szybko i niespodziewanie przed nami otworzył się widok na jeden z najważniejszych i największych na świecie kompleksów wykopalisk. Miejsce to jest niezwykle ciekawe – pierwsze ślady zamieszkiwania tego terenu pochodzą z dwóch tysięcy lat p.n.e. Szczyt rozkwitu miasta to wiek III, kiedy to panował Odenat a później jego żona Zenobia, która podjęła próbę uniezależnienia się od Cesarstwa Rzymskiego. Interwencja Rzymu spowodowała, ze Palmyra nigdy już nie odzyskała swojej świetności. W tych czasach widać sprawy załatwiano mało dyplomatycznie i bunt nie wyszedł miastu na dobre. W każdym razie warto odwiedzić tą oazę na Pustyni Syryjskiej. Oczywiście gdy zakończy się wojna. Teraz nie ma żadnej możliwości ani sensu wybierać się w tym kierunku. Szkoda, naprawdę szkoda…

Indie dzień XI (Jaipur) Zasłonić fort Amber

Wstaje poranek. Wstaję i ja. Wyspany, zdrowy i szczęśliwy. Pomimo tego, że plan na dzisiejszy dzień zakłada tylko zwiedzanie Jaipuru, w którym nocowaliśmy i nie trzeba nigdzie daleko jechać, wstajemy dość wcześnie. Jest to związane z największą atrakcją, która na nas czeka i kolejką, o zgrozo, większą niż te znane z czasów PRL-u. Kolejną noc spędzimy również w tym hotelu nie trzeba więc się pakować. Tylko śniadanie i do autokaru. Wiedząc co ma nas dzisiaj czekać, nikt nie grymasi. Wszyscy szybko wsiadają do autokaru. A jednak nie wszyscy. Brakuje trzech osób. Dziwnym trafem tych osób, przez które dzień wcześniej cierpiałem katusze.

Gdy wędrowaliśmy po Puszkarze, ja nieco odwodniony po delikatnym Ishalu (patrz poprzedni odcinek) i bardzo głodny, mogłem się tylko przyglądać współpodróżnikom z naszej grupy objadającym się różnymi smakołykami. Najbardziej bolesny był dla mnie widok tych właśnie trzech wspomnianych osób, maszerujących uliczkach Puszkaru z wielkimi hamburgerami w dłoniach. Na własne oczy (lub może oczami wyobraźni) dokładnie widziałem cudownie gruby plaster jakiegoś grillowanego mięsa, podziwiałem chrupkość bułki, odprowadzałem wzrokiem znikające w ich gardłach kawałki cebuli, pomidora oraz wspaniale zielone liście sałaty. Była wtedy godzina 16.00 a ja od rana nic nie jadłem. Ishal co prawda minął, ale wolałem do kolacji utrzymywać dietę. A to bolało. Cierpiałem więc w milczeniu. Próbowałem zająć swoje myśli czymś innym niż jedzenie. Niestety, barwny widok ogromnego hamburgera wracał niczym natrętna mucha w upalny dzień. Wracał tak do czasu, gdy zaświtała mi w głowie pewna myśl. Pojawiło się nieśmiało pewne pytanie. Czy aby ta wspaniała zielona barwa sałaty nie jest wynikiem obmycia wodą, czy czerwień pomidora też nie jest z tym związana? Dzień był upalny, wszędzie pełno kurzu, raczej niemożliwym jest aby w budce z hamburgerami używano wody butelkowej do płukania warzyw. Błyskawicznie odechciało mi się jeść. Co za ulga. Sprzed oczu zniknął mi hamburger, znów mogłem normalnie robić zdjęcia.

Kiedy pani pilot stwierdza, że ruszamy bez amatorów fast-foodu, szybko kojarzę ze sobą fakty. Potwierdziły się moje obawy. Nawet najwspanialszy hamburger nie był wart tego, aby stracić tak cudowny dzień. Nie zobaczyć Jaipuru, największego miasta Radżastanu, jednocześnie jego stolicy, nie wjechać na Fort Amber to strata ogromna, nie warta najwystawniejszego obiadu a cóż dopiero jednego hamburgera. Na szczęście nie dałem się złamać. Przy moim zamiłowaniu do jedzenia to prawdziwy wyczyn. W nagrodę postanawiam urządzić sobie już w Polsce dzień niezdrowego jedzenia. Pofolguję sobie i będę się opychał wszelkiego rodzaju hot-dogami, hamburgerami, pitami i czymkolwiek, co tylko da się do bułki w fast-foodzie zapakować.

Słońce dopiero rozpoczyna wędrówkę ku zenitowi, a my już udajemy się w kierunku Fortu Amber, leżącego na obrzeżach Jaipuru. Po drodze zatrzymujemy się tylko na 10 minut przy Pałacu Wiatrów, jednym z najbardziej znanych i rozpoznawanych budynków Indii. Śpieszymy się do fortu, w którym musimy być dość wcześnie, dlatego mamy tak mało czasu. Tym bardziej, że cały Pałac Miejski zwiedzać będziemy po południu – jednak tutaj, przed front Pałacu Wiatrów już nie przyjdziemy, więc to jedyna szansa na zdjęcie. A zdjęcie zrobić trudno, bo przed pałacem przebiega ruchliwa ulica. W tej chwili jest jeszcze bardziej ruchliwa, gdy z autokaru wysypuje się prawie pięćdziesiąt osób i nerwowo lawirując pomiędzy samochodami i tuk-tukami próbuje znaleźć dogodne miejsce do zrobienia zdjęcia. Fakt, że słońce jest nisko nad horyzontem i prawie cała ulica jest jeszcze w cieniu również nie  ułatwia zadania. Czas leci a ja jeszcze nie mam dobrego ujęcia. Taki piękny budynek a tu nic. Przebiegam przez kilka pasów jezdni i ogłuszony klaksonami, którymi zostałem poczęstowany, pstrykam z drugiej strony ulicy, denerwując się na przejeżdżające samochody, zasłaniające widok. Jak w takich warunkach zrobić dobre zdjęcie? Po prostu się nie da. Jednak w domu, po powrocie, okazało się, że Polak potrafi i z kilkunastu szybko zrobionych ujęć udaje się wybrać kilka poprawnych.

Po kilkunastu minutach wyłania się przed nami wspaniały widok. Fort Amber w pełnej krasie. Jest to z pewnością największy ze wszystkich widzianych dotychczas przeze mnie tego typu obiektów, do tego niezwykle malowniczo położony. Wzniesiony został na sporym wzgórzu u stóp którego rozciąga się zbiornik wodny. Nawet nie wiem czy jest to jakaś rzeka, czy być może jezioro. W tym momencie nie jest to ważne. Oto przede mną jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałem. Kto by się w tej chwili zastanawiał czy  na dole jest rzeka czy jezioro. Fort Amber to tak naprawdę cały kompleks budowli obronnych i pałacowych. U jego stóp dostrzegam jeszcze jednak coś dziwnego. Otóż w pałacowych ogrodach, wśród bujnej zieleni, rozciąga się składająca się z wielu zawijasów olbrzymia kolejka. Myśl, że za chwilę musimy ustawić się na samym jej końcu budzi we mnie mieszane uczucia. Toż nawet kolejka przed rybnym na rynku we Wschowie, w okresie przedświątecznym, w latach osiemdziesiątych, gdy karpia przywieźli była krótsza! A i tak stało się całą noc. Cóż jednak począć, grzecznie trzeba ustawić się na końcu, licząc że obsługa będzie sprawniejsza niż w sklepach w czasach mojej młodości.

No tak. Ale ja jeszcze przecież nie wyjaśniłem za czym kolejka ta stoi. Otóż stoimy za słoniami. Tak, jesteśmy w Indiach, w kraju w którym podobno jest wiele słoni. To przecież od tego kraju nazwę swą posiada jeden z gatunków tych dostojnych zwierząt, powszechnie znany Słoń Indyjski. A tu na miejscu okazuje się, że do słoni trzeba w kolejce stać. A stać warto, bowiem jedną z atrakcji, niezwykle efektowną, jest wjazd do Fortu Amber na odświętnie przystrojonym słoniu. I tak od samego rana około 120 słoni z mozołem wwozi na szczyt wzgórza, na którym położony jest fort, turystów. Tutejsze słonie są w jednym jednak mądrzejsze od ludzi – pracują tylko do godziny 11.00 przed południem. W związku z tym kolejka ustawia się wcześnie rano, a zwiedzanie Fortu Amber to pierwszy punkt dnia dla większości przebywających w okolicy turystów.

Ustawiamy się na końcu ogonka. Dogadujemy się ze znajomymi z Poznania, że najpierw oni trzymają nam miejsce a my z żoną biegniemy z aparatem obfotografować miejsce załadunku, a później zamienimy się rolami. To wszystko wygląda niezwykle. Słonie, które wracają z góry ustawiają się w szeregu i co jakiś czas podchodzą pod wysoką rampę z której ludzie wsiadają do kosza znajdującego się na grzbiecie zwierzęcia. Na każdego słonia wsiadają dwie osoby. Para za parą. Widok nieprzerwanego szeregu słoni wchodzących wzdłuż muru na fort i drugiego – tych zwierząt, które już schodzą po następnych turystów – zapiera dech w piersiach. Do tego słonie są przystrojone kolorowymi narzutami oraz barwnie wymalowane. Miałem okazję jechać już na słoniu przez dżunglę na Sri Lance, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Udaje mi się też z pewnością pobić mój rekord zdjęć robionych w ciągu minuty. Oj, przydadzą się dzisiaj zapasowe akumulatorki.

Biegiem wracamy do kolejki. Wszak znajomi też chcą zrobić zdjęcia. Kolejka tymczasem, wbrew początkowym obawom, posuwa się bardzo szybko. Wygląda na to, że za 20 minut będziemy już na grzbiecie słonia wspinać się do fortu. Z kolejki zresztą też można robić wspaniałe zdjęcia. Z zielenią parku, w którym się znajdujemy, na pierwszym planie wspaniale kontrastuje żółty kolor piaskowca, z którego wykonane są budynki fortu oraz błękit nieba bez najmniejszej chmurki. Do tego dochodzi barwny korowód słoni. Z fotograficznego transu wytrąca mnie jeden z licznych sprzedawców wszelkiego rodzaju pamiątek. Miejscowi skrupulatnie wykorzystują fakt zgromadzenia się w jednym miejscu tak wielkiej rzeszy turystów i wędrują wzdłuż kolejki w tę i z powrotem, zachwalając swoje towary. Moją uwagę przykuwa pan sprzedający figurki Ganesy, czyli bóstwa z głową słonia,  wykonane z drzewa sandałowego. Pan namiętnie przekonuje o doskonałej jakości drzewa, z którego są wykonane. Zachęca, aby powąchać jak pięknie pachnie drzewo sandałowe. Obawiam się, że to pachnie olejek, którym zwykłe drewno zostało nasączone. Figurki są jednak niedrogie, dobrze wykonane i póki co pachną wspaniale. Kupując dwie mam tylko nadzieję, że po przyjeździe do Polski zapach drzewa sandałowego nie zmieni się w zapach moich sandałów. A po tylu dniach chodzenia non-stop w sandałach ich aromat jest naprawdę mocny. Każdego wieczora muszę je całe prać, inaczej w ciągu nocy „pachniało” by w całym pokoju. A miały być takie dobre, brazylijskie. Choć przyznać muszę, że na nodze leżą doskonale i nawet mnie nie obtarły, co jest dość niezwykłe, bowiem każde nowe muszę okupić daniną okrwawionych pięt. W sumie zapach da się przeżyć, gdy nogi całe i zdrowe. Na szczęście figurki pachną do dzisiaj znakomicie, a sandały wyrzuciłem ostatniego dnia w New Delhi. Wolałem ich aromatu nie łączyć z resztą ubrań zapakowanych w walizce.

Bardzo szybko nadchodzi nasza kolej i oto słoń spokojnie kroczy w stronę fortu z nami na grzbiecie. Trochę kołysze na boki, ale w sumie w koszu siedzi się wygodnie. Kołysanie utrudnia jedynie robienie zdjęć. A każdy chce mieć zdjęcie na słoniu zrobione. Tak więc my robimy zdjęcia jadącym przed nami znajomym „poznaniakom”, oni robią nam. Jadące za nami panie z naszej grupy również nam pstrykają i proszą o rewanż. Krzyczą, że wymienimy się mailami i prześlemy sobie zdjęcia. No cóż, pstryknąć im kilka fotek nie zawadzi, a co wyjdzie z wymiany zobaczymy później. Kiedy już wszyscy obpstrykaliśmy się nawzajem i delektujemy się coraz bardziej malowniczymi widokami, przejeżdżamy obok grupy zawodowych „fotopstrykaczy”. Wystarczy skinąć ręką i już się jest wziętym modelem a zdjęcia czekać będą po zwiedzaniu fortu na parkingu dla autokarów. Wszystko niezwykle sprawnie funkcjonuje. Radośnie macham więc ręką wszystkim czyhającym na chętnych fotografom. Dopiero po chwili nachodzi mnie myśl, że przecież za to trzeba będzie zapłacić. Cóż, przynajmniej na brak zdjęć na słoniu narzekać nie będę.

Dotarcie na plac główny fortu na grzbiecie słonia zajmuje niewiele ponad 30 minut. Baza wyładunkowa znajduje się przy murze, na którym stoi jeden żołnierz i cierpliwie pomaga wszystkim wygramolić się z kosza. Sam fort jest równie atrakcyjny jak jazda słoniami. Pałace, warownie, dziedzińce z ogrodami są wspaniałe. Wszak był on kiedyś miejscem stacjonowania maharadży Man Singha, dowódcy armii Akbara, wielkiego wodza mogołów, którzy niegdyś rządzili sporymi połaciami Azji. Widok podziwiany z położonych najwyżej zabudowań jest fantastyczny. Przez chwilę mam wrażenie, iż znajduję się w Chinach, bowiem pobliskie szczyty opasane są sporym murem. Przypomina to trochę Wielki Mur Chiński. Trzeba co prawda zachować skalę, ale mury otaczające Fort Amber mają z pewnością długość kilku kilometrów. Kolejne godziny mijają niewiadomo kiedy. Chętnie zostałbym tu jeszcze dłużej. Pocieszeniem jest jednak to, że czeka na nas jeszcze dzisiaj kilka ciekawych miejsc do zobaczenia. Z fortu schodzimy inną drogą niż się do niego dostaliśmy. Droga ta daje dobre wyobrażenie o jego ogromie. Na parkingu czekają już nas ze zdjęciami. Każdy fotograf ciągnie w swoją stronę. Każdy próbuje odciągnąć nas z dala od wycieczki, aby wytargować wyższą zapłatę, tak by nie można się było skonsultować z pozostałymi kupującymi. Zachwycony zdjęciami popełniam błąd i nikogo nie pytam o ceny. Trochę niemrawo się targuję. W autokarze, gdy słyszę ile zapłacili inni, wiem, że jestem frajerem, który wybulił dwukrotnie więcej. Ale przecież zdjęcia są naprawdę dobre, a kto by się tam przejmował kilkoma rupiami.

Z Fortu Amber wracamy z powrotem do centrum Jaipuru. Po drodze oglądamy pałac na wodzie – Dżal Mahal, a następnie udajemy się do Jantar Mantar, słynnego obserwatorium astronomicznego zbudowanego w 1734 roku. Obserwatorium wybudował Sawai Jai Sing II wkrótce po założeniu Jaipuru. Jest to jedno z pięciu wybudowanych przez niego w Indiach obserwatoriów. Składa się z 16 obiektów służących m.in. do ustalania azymutu i pozycji gwiazd, określania dat zaćmień Słońca i wysokości ponad poziomem ziemi. W czasie w którym powstało było niezwykłym osiągnięciem. W obserwatorium odczuwam satysfakcję. Żona cały czas uważa, że przesadzam z utrwalaniem wrażeń. Twierdzi, że zdjęć robię za dużo i za często. A tu proszę, gdy nasza przewodniczka opowiada nam o jednym z ciekawych obiektów, pojawia się wycieczka z Korei Południowej. To dopiero fotograficzne szaleństwo. Fotografuje każdy, niektórzy mają po dwa aparaty. W sumie ja chyba w całym obserwatorium nie robię tylu zdjęć, co oni w jednym miejscu. Pokazuję to żonie, przekonując ją jednocześnie, że w takiej koreańskiej grupie byłbym wzorem wstrzemięźliwości i opanowania fotograficznego. Czymże dla nich jest moje 3 tysiące zdjęć z całego wyjazdu?

Po zwiedzaniu obserwatorium oglądamy Pałac Miejski będący kompleksem ogrodów, dziedzińców i budynków pałacowych. Chyba nie było jeszcze dnia z takim natłokiem pięknych miejsc do fotografowania. W Pałacu Miejskim imponuje przede wszystkim Pawi Dziedziniec. Widzimy także ponownie Pałac Wiatrów, który krótko podziwialiśmy rankiem – tym razem oglądamy go z drugiej strony. W czasie spaceru dziedzińcami mamy całą sesję zdjęciową z pałacowymi strażnikami. Gdy poprosiłem jednego o wspólne zdjęcie, natychmiast pojawił się drugi. Po chwili trzeci. Po minucie robię zdjęcie żonie z sześcioma strażnikami. Na dziedzińcu tworzy się małe zamieszanie. Inni turyści są zaciekawieni tym, co się dzieje. Stwierdzam, że starczy już tego dobrego i szybko wręczam napiwki, obawiając się pojawienia całego regimentu strażników. Co prawda bardzo niskie ceny w Indiach powodują posiadanie sporego nadmiaru gotówki, ale moim celem przecież nie jest opłacanie całej straży pałacowej Jaipuru. Zwiedzanie kończymy późnym popołudniem.

W drodze do hotelu tradycyjny przystanek przy monopolowym. W Jaipurze nie ma chyba zbyt wielu takich miejsc, bo tłok jest tu ogromny. Wszyscy kupują prezenty dla rodzin i znajomych w Polsce. Nic to, że jutro znów będą te same pamiątki kupować. Przecież po takim dniu i przy okazji wolnego popołudnia w hotelu i ja nie wzgardzę doskonałym rumem z colą.

Zgodnie z obietnicą wieczorem, po kolacji, z drinkiem w ręku oglądam zdjęcia. Wyszły niesamowicie! Entuzjastycznie stwierdzam, że to był najlepszy dzień. Skąd mogłem wiedzieć, że dwa następne będą z pewnością nie gorsze.

Tropy Yeti, duchowość i kosmiczna pustka w jednej pigułce

Tradycyjnie w piątek, 20 kwietnia Twórcze Horyzonty zorganizowały kolejne spotkanie z podróżnikami. Tym razem Alfred Sasgórnik (alpinista, filmowiec i fotograf) i Elwira Surdy (zawodowy fotograf, filmowiec) prezentowali nam „Duchowość Wschodu”.

Gwoździem programu miał być i niewątpliwie był film „Trans” ale zanim mogliśmy delektować się tym niezwykłym obrazem podziwialiśmy równie niezwykłe zdjęcia przedstawiające Ladakh, czyli krainę wysokich przełęczy, położoną pomiędzy głównym pasmem Himalajów a  górami Karakorum. Dzięki temu mogliśmy się przekonać jak dziś wygląda historyczny Tybet Zachodni, to jedno z nielicznych miejsc gdzie dostrzec możemy funkcjonujące do dziś pozostałości systemu feudalnego. Dzięki opowieści Alfreda Sasgórnika dowiedzieliśmy się dlaczego w buddyzmie tak ważne jest kręcenie młynkiem, obchodzenie posągów czy umieszczanie flag trzepoczących na wietrze – jest to bowiem sposób na komunikowanie się z kosmosem, ruch rozchodzi się wszak po całym wszechświecie. Z zaskoczeniem słuchałem o wojnach lamów i rywalizacjach buddyjskich szkół, kojarzących mi się dotychczas tylko i wyłącznie ze spokojem i umiłowaniem pokoju. Z radością przyjąłem także fakt, że nie tylko mnie w dzieciństwie inspirowały książki Alfreda Szklarskiego. I tak jak ja marzyłem o Afryce po przeczytaniu książki „Tomek na czarnym lądzie” tak o Tybecie myślał Alfred Sasgórnik po lekturze tomu „Tomek na tropach Yeti”, z tą różnicą, że ja jeszcze nie wyruszyłem śladami Tomka po Afryce, natomiast goszczący we Wschowie podróżnik odwiedził już pałac w Leh, gdzie pióro Alfreda Szklarskiego zaprowadziło niegdyś Tomka Wilimowskiego. Podróżnik opowiedział także o niezwykłej rywalizacji toczonej w Leh przez muezinów z meczetu z dzwonami klasztornymi o to kto głośniej wezwie wiernych na modlitwę, o Dardach będących ciekawym narodem, których określić można swoistym mianem Rumunów Azji, o tym dlaczego Buddów jest wielu i dlaczego za posągi wciskane są banknoty, o koszach na śmieci zachęcających do ich używania napisami „halo jestem tu – użyj mnie”, o pogłoskach jakoby Jezus Chrystus odwiedził klasztor w Hemis i to już po ukrzyżowaniu, o poliandrii czyli wielomęstwie, które to jakoś szczególnie mnie nie zachwyciło i to pomimo tego, że będąc młodszym z synów w mojej rodzinie miałbym i tak o wiele lepszą sytuację niż mój starszy brat. Dowiedzieliśmy się także co to jest czanga i co następuje po niej, najprościej można określić to słowami – wczoraj impreza, dzisiaj prohibicja. Zobaczyliśmy także zdjęcia z Kharung La – najwyżej na świecie położonej przejezdnej przełęczy. Autor zdjęć opowiadał także o spotkaniu z Dalajlamą, którego co prawda nie udało się zastać w domu, ale udało się spotkać na wykładzie w Manali. Zupełnie nie przeszkadzało, że wykład był po tybetańsku. Wreszcie dowiedzieliśmy się o tym, że nawet najmądrzejszy Budda nie wie dlaczego indyjski kierowca potrafi wjechać autobusem do rowu na drodze którą jeździ codziennie.

Po zdjęciach nastąpiła prezentacja filmu. Autorzy zapewniali, że zdjęcia to tylko dodatek do filmu, slajdy prezentowano dlatego, że cały pokaz nie mógł trwać tylko 12 minut, jednak film jest tym co chcieliby szczególnie zaprezentować. I choć zdjęcia bardzo mi się podobały, to w jakimś sensie zgadzam się z tą opinią. „Trans” to niezwykły filmowy zapis poszukiwania duchowości, od świętych miast hinduizmu, sanktuarium Sikhów do codzienności tybetańskiego buddyzmu.

Po pokazach miałem okazję rozmawiać w sztabie Twórczych Horyzontów z naszymi gośćmi z Bielska-Białej. Rozmawialiśmy o zdjęciach, podróżach, filmach, choć nie tylko. Dowiedziałem się przy okazji dlaczego nawet gdy wyruszę w kosmos to nie będę w kosmosie oraz poznałem ideę pustki. Choć akuratnie to nie było mi obce, zbyt dobrze pamiętam uczucie pustki przy tablicy na lekcjach matematyki. W każdym razie było to spotkanie z niezwykłymi ludźmi i pozostaje tylko czekać na następne. Już nie mogę się doczekać odkrycia informacji, kogo gościć będziemy we Wschowie następnym razem. Jednak jak na razie prezes TH milczy na ten temat…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.